czwartek, 21 maja 2026

Wellness miał pomagać kobietom zadbać o siebie. Dziś coraz częściej staje się jednak kolejnym źródłem presji. Jak wskazuje raport Global Wellness Institute, globalna gospodarka wellness osiągnęła już wartość 6,8 biliona dolarów i według prognoz będzie nadal dynamicznie rosnąć. Wraz z nią rośnie liczba produktów, rytuałów i trendów, które mają sprawić, że kobiety będą „lepsze”: bardziej zadbane, bardziej produktywne, bardziej fit i bardziej świadome. Coraz więcej kobiet zaczyna jednak zadawać sobie pytanie, gdzie kończy się troska o siebie, a zaczyna niekończąca się presja poprawiania własnego ciała i życia.

Wellness miał dawać ulgę. Dlaczego coraz częściej męczy?

Globalny rynek wellness, wart dziś według Global Wellness Institute 6,8 biliona dolarów, rozwija się szybciej niż wiele innych sektorów gospodarki. Obejmuje już nie tylko fitness czy zdrowie, ale też beauty, suplementy, aplikacje wellbeingowe, biohacking, rytuały self-care i produkty mające poprawiać jakość życia. Problem w tym, że ogromna część tego rynku nadal opiera się na sprzedaży aspiracji – szczególnie kobietom.

To właśnie kobiety od dekad są główną grupą docelową branży beauty i wellness. Reklamy bardzo często budują przekaz wokół niedoskonałości: najpierw wskazują problem, a później oferują rozwiązanie w postaci kolejnego produktu. Efekt? Self-care coraz częściej przestaje oznaczać odpoczynek, a zaczyna przypominać kolejny projekt do realizacji.

W praktyce kobiety mają dziś nie tylko dobrze wyglądać, ale też odpowiednio się regenerować, zdrowo jeść, trenować, medytować, dbać o skórę, produktywność i wellbeing. Coraz częściej mówi się więc o tym, że wellness – zamiast odciążać – bywa kolejnym źródłem presji. Do tego dochodzi zjawisko tzw. pink tax. Badania pokazują, że produkty kierowane do kobiet często kosztują więcej niż ich „neutralne” lub męskie odpowiedniki – nawet jeśli różnią się głównie kolorem czy marketingiem.

Eksperci zwracają uwagę, że problemem nie jest wyłącznie sama cena, ale sposób myślenia o kobiecych produktach. Produkty dla mężczyzn często funkcjonują jako „wersja podstawowa”, podczas gdy produkty kierowane do kobiet traktowane są jako bardziej estetyczne, bardziej dopracowane i automatycznie „premium”. Dotyczy to czasem nawet podstawowych produktów higienicznych czy codziennych produktów pielęgnacyjnych. W praktyce oznacza to, że kobiecy komfort przez lata był dodatkiem, za który trzeba dopłacić, a nie standardem.

Ciało kobiet od dawna jest „projektem”

Potwierdzają to również najnowsze badania opublikowane w „International Journal of Qualitative Studies on Health and Well-being”. Naukowcy analizujący postrzeganie kobiecego ciała zwracają uwagę, że body image kobiet wciąż silnie kształtują media, normy społeczne, kultura i społeczne oczekiwania.

Badaczki podkreślają, że kobiece ciało nadal bardzo często traktowane jest jak „projekt”, który należy nieustannie poprawiać, kontrolować i dopasowywać do określonych standardów. W rozmowach z uczestniczkami badania regularnie pojawiały się wątki związane z presją bycia szczupłą, atrakcyjną i „wystarczająco dobrą”.

Jednocześnie kobiece ciało nie jest stałe – zmienia się wraz z cyklem hormonalnym, stresem, etapem życia, ciążą, połogiem czy menopauzą. To wpływa nie tylko na samopoczucie, ale również na wrażliwość na temperaturę, ucisk, materiały czy ogólny poziom komfortu. Mimo to przez lata wiele produktów projektowano przede wszystkim z myślą o estetyce, a nie o realnych potrzebach organizmu kobiet.
Coraz częściej mówi się więc o tym, że komfort nie powinien być luksusem ani dodatkiem, ale podstawowym standardem projektowania.

Komfort zaczyna być realną potrzebą, nie trendem

Zmienia się jednak sposób myślenia o codziennych ubraniach. Coraz więcej kobiet szuka dziś rzeczy, które nie tylko dobrze wyglądają, ale przede wszystkim odpowiadają na realne potrzeby organizmu i codziennego funkcjonowania.

Przez lata moda kobieca była projektowana przede wszystkim wokół estetyki i społecznych oczekiwań. Kobiety miały wyglądać elegancko, profesjonalnie i „odpowiednio”, nawet jeśli oznaczało to niewygodne fasony, sztuczne materiały czy ubrania, które dobrze prezentowały się głównie wtedy, gdy stało się nieruchomo. Ubrania dla mężczyzn znacznie częściej projektowano z myślą o funkcjonalności, wygodzie i codziennym użytkowaniu – również w kontekście pracy.

Kobiece ciało nie jest stałe. Zmienia się w ciągu miesiąca, reaguje na hormony, temperaturę, poziom stresu czy etap życia. W czasie PMS wiele kobiet odczuwa większą wrażliwość na ucisk, przegrzewanie czy dyskomfort materiałów. W menopauzie dochodzą m.in. nagłe uderzenia gorąca i większa wrażliwość na zmiany temperatury. Przez lata projektowanie ubrań bardzo rzadko brało to pod uwagę, bo priorytetem często było to, jak kobieta wygląda w ubraniu, a nie jak się w nim czuje – mówi Katarzyna Lamik, współzałożycielka marki paterns. Dziś nareszcie coraz więcej kobiet szuka ubrań, które nie wymagają ciągłego poprawiania się, przebierania czy „wytrzymywania” całego dnia. Komfort zaczyna być traktowany nie jako luksus, ale jako coś absolutnie podstawowego. Dlatego coraz większą rolę odgrywają materiały, które lepiej reagują na temperaturę, ruch i wielogodzinne noszenie – dodaje Katarzyna Lamik.

 

Paterns to polska marka założona w 2017 roku przez siostry Kasię i Izę, tworząca ubrania z termoaktywnej wełny merino – w góry i na co dzień. Wszystkie kolekcje szyte są w Polsce, z certyfikowanych materiałów, z poszanowaniem ludzi i środowiska. Marka stawia na bezpretensjonalne kroje, funkcjonalność i zrównoważoną produkcję – bez plastiku w pakowaniu i transporcie. W 2025 roku Paterns uruchomiło platformę Merino Freaks, wspierającą drugi obieg ubrań z wełny.

Poprzedni

Twój krok, Twój styl: LOCCO redefiniuje letnią klasykę dzięki pełnej personalizacji japonek

Następny

Prezent prosto z serca – Wawel z kolekcją na Dzień Matki

Zobacz również to: